środa, 7 stycznia 2015

O ludziach z naklejką "Velvet", mechanizm domina i jestem na górze pieprzonej piramidy

Od wczorajszego poranka mam istny mętlik w głowie, a co gorsza, zero inwencji, aby ten cholerny supeł rozwiązać. Jeśli kiedykolwiek wyżalałam się komukolwiek z was, że mi ciężko, że nie daję sobie rady, a świat dla mnie się zawalił i rozwijałam w dobre użalanie się nad sobą- przyznaję, gówno wiem o problemach. Pod koniec roku dostałam siekierą po plecach z powodu wiadomości, która do mnie dotarła, nowy rok przywitał mnie kolejną trudniejszą sytuacją, która mogłaby się okazać tragiczną. Co prawda, to nie ja jestem głównym bohaterem nasypu problemów, a jedynie obserwatorem. W moim przypadku zdecydowanie wolałabym być tym, który dostaje łomot, niż tym, któremu pozostaje jedynie na ten łomot patrzeć.Po paru szczeniackich problemach wiem, że niekiedy lubię zetknąć się z problemem i jemu podołać, fajnie jest poczuć satysfakcję z wygranej walki i strzepywać jako jedyną pozostałość z problemu, jak góra lodowa, kurz z ramion. Jeśli jest się osobą choć trochę empatyczną, spoglądanie na otwarte już wieko pustej trumny wyrywa dosłownie serce z piersi, tym bardziej, że wbrew moim wcześniejszym założeniom, nie zawsze to my jesteśmy osobami odpowiedzialnymi za pocięcie pieprzonych belek i zakpienie z przeznaczenia posyłając truchło do pieca w zimie. Byłoby cudownie, gdyby każda trumna znalazłaby jedynie swoje zastosowanie w ogrzewaniu domów.

Nie wiem, jak zacząć, jak skończyć, co nakreślić.
Jesteśmy elementami domina, więc nie dziwmy się, że spadając na dno, sprowadzimy za sobą resztę towarzyszy. Zniszczymy rodziny, znajomych, przyjaciół, każdego, kto znajdzie się w naszym zasięgu, jeśli nie weźmiemy się w garść. Rozgrzebując długoletnie rany przyznaję, że nie zawsze bywa ze mną cudownie, tak jak zresztą z każdym człowiekiem. Każdy tydzień,miesiąc,rok może przypominać sinusoidę, jeśli sami nie wezdmiemy tego cholernego życia w nasze dłonie. Nie wychodzi każdemu, ale lekarstwa nie znajdzie się załamywaniu rąk i przyznawaniu, że jest się do dupy. Zdradzę sekret, wszyscy jesteśmy do dupy, jeśli nie uwierzymy, że jest inaczej, bo życie nieustannie będzie nam o tym przypominało. Wybory są dwa, albo będę przytakiwać i pozwalać na wszystko, co się dzieje bez jakiejkolwiek walki, no bo przecież"jestem do dupy"tym samym przylepiając sobie na czoło naklejkę "velvet", albo zbiorę się do kupy i pokażę każdemu, kto mnie na to dno zesłał, że powracam z Hadesu zgotować mu jeszcze większe piekło na ziemi. Niekiedy mój upadek doprowadzi na samiuteńkie dno każdego, kto będzie mi bliski. Czekany, które trzymały nas w powietrzu w końcu powiedzą "stop" i wrócą do swojego życia, a to już nie będzie oznaczało, że ktoś jest zły. Każdy człowiek ma próg wytrzymałości, przy zbliżaniu się do czerwonej kreski pomyśli o sobie, przykro mi, to są realia, a nikt zdrowy na umyśle nie weźmie na barki bagażu problemów z całego życia. Nie chcę nikogo oceniać, bo w takiej sytuacji się nie znalazłam ale to już nie gimnazjum, czy liceum, to dorosłe życie, które nabrało tępa, koniec z obżarstwem i chipsami, czas wrócić i wygrać maraton, bo nikt za nas tego nie zrobi, a każda nasza porażka odbije się w naszej rodzinie. 


 Od miesiąca nabrałam świadomości swojej psychiki i doszłam do zastraszających wniosków, myślałam, że jestem na dnie. Przykro mi to mówić ludziom, którzy mi źle życzą, ale myliłam się,jestem na samej górze pieprzonej piramidy i nie przestanę wciągać lin, które są wrzucane w moje ręce, wciągnę każdego astmatyka chociażby na moich lichych włosach.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Ja- Przyszła ofiara przemocy domowej i zakorzenienie się w łóżku



Cześć i czołem!
Ktoś pamięta, jak mówiłam o tym, że nigdy nie choruje.. choroby mnie omijają szerokim łukiem, a ja nawet, gdy próbuję wywołać przeziębienie ponoszę porażkę? Rano się budzę, spoglądam w lustro, a moim oczom ukazuje się mały baby jęczmień.  Do wieczora znając życie ludzie na ulicy będą mnie brać za ofiarę przemocy rodzinnej, a wyjście z tej sytuacji znajdę w podkładach, pudrach itp. Doświadczenia w makijażu zakrywającym limo pod okiem moja mama nabrała po pewnym pamiętnym wieczorze. Wraz z rodzicami i miliardami poduszek rozłożyliśmy się na dywanie w celu oglądania Władcy Pierścieni w nudny, piątkowy wieczór. Przyszedł czas na reklamę, rodzice zaczęli się wygłupiać, ja się śmieje, o ja, ale fajnie, śmiesznie, haha, po czym 2 minuty później mama wyrywa się z rykiem dłoń trzymając na swoim oku. Tata, jako stosunkowo postawny, ba, wielki facet z częstym brakiem wyczucia przez przypadek przysporzył jej 2 tygodniowy siny makijaż na całe oko. Od chwili, gdy sąsiedzi patrzyli na nas w dość specyficzny sposób, już nigdy zabawy w "wyrywanie pilota" z oczywistych względów, nie miały miejsca. 



Podniosłam się z łóżka po 10, posprzątałam w pokoju i na tym mój zapał się zakończył. Z całym sprzętem rozłożyłam się w salonie i do 15, z racji korepetycji, ani widzi mi się ruszyć tyłka. Kolejny ambitne i mądrze zagospodarowany wolny od nauki dzień, brawo Ochmann.
Nie podzielę się z wami kolejnymi historiami z mojego życia, gdyż zwyczajnie ani mi myśleć wychodzić z domu, jedyne, co zaobserwowałam to śnieg na zewnątrz, gdyby kogoś był niepoinformowany. Swoją drogą, liczę w tym roku na kolejną edycję kuligu na paletach z uwieńczeniem wyprawy gorącą herbatą. Daj Boże, aby biały puch nie rozpuścił się w przeciągu godziny, a moje zdolności prowadzenia pojazdu nie były wystawione na próbę.
Mile spędzonego poniedziałku pyśki :)



And she's always gone too long anytime she goes away.
https://www.youtube.com/watch?v=tIdIqbv7SPo



--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przypomnę o zadawaniu mi pytań TU (czytaj: najedz kursorem, kliknij i zadaj pytanie, jakiekolwiek do głowy Ci tylko przyjdzie) w celu stworzenia ciekawego Q&A z odpowiedziami obszerniejszymi, niż na asku. Do kościoła nie chodzę, więc niech będzie to mala spowiedź zależna od was.

niedziela, 4 stycznia 2015

Stare truchło i zaproszenie na imprezę wszystkich czytających

Ostatniej nocy postanowiłam wstać nieco wcześniej niż 14, (wiadomo, w końcu szkoła, trzeba obudzić się do życia, koniec zasypiania po 4), pochwalę się wam, odniosłam sukces, 13.35! Mam nadzieję, że nie doznam szoku przez to, jak długi okaże się dzień po wstaniu tak znacznie wcześniej.

Od wczorajszego wieczora noszę się z zamiarem napisania notatki, jestem po 3 próbach, a moja irytacja nie ma końca. Generalnie genialnie. Dotarło do mnie, że jestem już starym truchłem.. 2015 wybił, swoją drogą piątki lubię, więc liczę na jakiś przełom w swoim życiu. Styczeń mknie przez moje życie spędzone w łóżku, a ja mogę mówić, że mam 17 lat. Ogromny wiek, no przepraszam. Kiedyś doczekać się nie mogłam złotej piętnastki sądząc, że będę dorosła, a tu zaraz wybije dzwon poprzedzający pełnoletność. Fajna sprawa, tyle bram się przede mną otworzy.. bo drzwi już wszystkie wyważyłam, ale jak pomyślę o rodzinnych imprezach zalewa mnie zimny pot. Problem jest też w innej kwestii, a mianowicie gości. Biorąc pod uwagę fakt, że ze wszystkimi bliższymi znajomymi jestem skłócona, a spora garstka by się tego zebrała, cieszę się, że mamy sporą rodzinę. Ochmann, jak zawsze jesteś duszą towarzystwa! Ty nie masz przyjaciół!? Ty!? Wydaje mi się, że jakby uzbierać ludzi, którzy złe mi życzą, albo generalnie nie darzą mnie sympatią z powodu przeżyć ze mną związanych, dałoby się zrobić z tego niezłą domówkę. Kiepsko jest ze mną w kwestii kontaktów międzyludzkich, nie okrywałam tego w starszych postach i jakoś nie specjalnie widzi mi się wymiotowanie na was moim cudownym życiem z moimi cudownymi przyjaciółmi, których cudownie nie ma. Stwierdziłam, że chyba zaproszę cały Śrem i poczekam, czy ktoś mocno zdesperowany przybędzie i pobawimy się we dwójkę. A tak poważnie, gdyby ktoś był zainteresowany darmowym jedzeniem, piciem i posłuchaniem genialnej muzyki-zapraszam 18 kwietnia w 2016 roku. Ych, znów zrzędzę.. czuję to. Ochmann, weź się w garść. Nie chcę was oszukiwać, zresztą, kto czyta mojego bloga i w miarę śledzi częstotliwość dodawania postów widzi, że coś nie gra. Ja nie wiem, nie wiem.. może to ta chrzaniona, depresyjna pogoda? może deszcz? może zimno? ja nie wiem.. Wpadam tutaj raz na jakiś czas, ponarzekam na świat, pohejtuję ludzi, których spotykam i uciekam do mojego wyśnionego życia. Szkoda mi zaniechać pisania postów i zostawić stronę do momentu, gdzie wrócę do starej kondycji, bo za dużo tutaj wrzuciłam od siebie. Jak coś się zmieni, dam wam znać, jako pierwszym, a teraz idę gotować obiad (18:12), wykąpię się i zrobię coś na tyle produktywnego, że stanę na równe nogi. 


Trzymajcie się ludziska, wierzcie w siebie, bądźcie szczęśliwi i tak dalej.
Jeśli ktoś miałby składy słońca i cieplejszej temperatury, proszę o wiadomość.
Dogadamy się.


sobota, 3 stycznia 2015

Niekończąca się impreza, ogrom agonii, typowe dla mnie narzekanie i odliczanie do ferii.

Wpadłam i oto jestem.
 Dziś z rana zmyła się od nas rodzina, ominęły mnie wlewne pożegnania, bo do domu wróciłam dziwnym trafem dopiero po 14. Lubię, jak przyjeżdżają, chcąc, nie chcąc, jest to nasza zarówno najbliższa, jak i najdalsza rodzina. Zdecydowanie to z tą imprezową siódemką jesteśmy zżyci najbardziej i to oni wprowadzają najwięcej sympatycznego zamieszania do naszych spokojnych czterech ścian. Mieszkamy w trójkę, rodzice na dole, ja w sumie na górze. Na dół schodzę tylko po jedzenie i pogadać z rodzicami, mnie natomiast zaszczycają swoją obecnością, gdy szukają czegoś na strychu, lub nastawiają pranie. Poza tym nasz dom jest istną oazą spokoju, do której jesteśmy przywiązani grubymi łańcuchami i kłódką wielkości ludzkiej głowy. Spróbujcie sobie jednak wyobrazić sytuację, gdzie z 3 osób, z których każda zna swoje miejsce, robi się 10. Istny dworzec, który z czasem przepoczwarza się po godzinach nocnych w Serbski film. Nie zrozumcie mnie źle, bo odwiedziny rodziny to super sprawa, uwielbiam, jak przyjeżdżają, bo wyrywają nas z takiej monotonności, a poza tym "młodszego" rocznika naszej rodziny nie mogłabym sobie wymarzyć. Po takich odwiedzinach jednak nie możemy dojść do siebie przez jakieś 3 dni, wszędzie trzeba sprzątać i przez pierwsze godziny jesteśmy pochłonięci przez tak wielką agonię, że nawet z sobą nie rozmawiamy. Istne trzydniowe tornado towarzyskie przechodzi przez nasz dom, pozostawiając echo na kolejne trzy doby, w których usiłujemy trafić na stare tryby naszej codzienności i posprzątać, a to już bardziej kłopotliwa sprawa. Chyba tylko w naszym przypadku nie ma zmaterializowania zasada, że z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciach, bo u nas zawsze kończy się parodniową imprezą, w trakcie której ja ewakuuję się do koleżanek.

Teraz, po chwili zachwalania mojej wspaniałej rodziny, nadszedł czas ponarzekać. Nie ukrywajmy, hejtowanie sprzedaje się najlepiej i to właśnie to chcemy wszyscy czytać. No bo ile można czytać, że ktoś posiada coś, czego być może nam brak? Wiadomo, irytuje nas powodzenie innych, a w większości przypadków nie jesteśmy stworzeniami empatycznymi, a raczej szalka przechyla się znacznie w drugą stronę. Nie mogłabym was przecież zawieść!
Mamy 3 stycznia, T R Z E C I, rozumiecie to? za C Z T E R Y dni przywitam się ponownie z umiłowanymi przez moje kartkówki ławkami, przywitam cudownie nastawionych nauczycieli, czekających, aż będą mogli mnie udupić, a ja nie znajdę w sobie tyle zaparcia, aby wreszcie usiąść i przykuć na tyle, żeby im pokazać, jak ich plany idą w błoto. Szczerze mowiąc, nie mogę doczekać sie 2 klasy, mimo, że ma być sześciokrotnie większy zapieprz, niż teraz. Z przedmiotami, które biorę na rozszerzenie, idzie mi całkiem dobrze. W porządku czuję się z materiałem, swój stan porównuję nawet do pływania w oparach wiedzy, a pływakiem jestem nie najgorszym. Nie ukrywam natomiast, że wszystkie typowo ścisłe przedmioty idą mi koszmarnie. Czuję się, jakbym szła z wielkim głazem pod górkę, która staje się w tym momencie pionowa, a w skrzydła wyposażona niestety przez stworzyciela nie zostałam. Nie potrafię skupić się na 12345678 przedmiotach jednocześnie, gdzie każdy robi miny, bo przecież to jego przedmiot jest najważniejszy, a my zwyczajnie jesteśmy bezczelni. Przecież każdy z naszych nauczycieli skończył szkołę, no tak! Widocznie to my jesteśmy do dupy i lamentujemy nad naszym losem, a w podobnej sytuacji ludzie w naszym wieku byli od setek lat! Śmieszna sprawa, chcą nas nauczyć każdego, mamy być alfą i omegą w każdym tego tego terminu zastosowaniu, mamy być ludźmi renesansu i znać się na wszystkim. Jak jest naprawdę? Wszystko traktujemy, jak katusze, a koniec końców nie umiemy nic. Swoją drogą i tak większością z was spotkam się przy kasie w TESCO, choć różnie może wyglądać sprawa strony, po której się znajdziecie. Tak, wiem, może wypowiadam się ze zbyt dużą krytyką o naszym systemie oświaty, bo z drugiej strony siedzę na tyłku i potrafię tylko hejtować, skoro mogłabym w tym samym czasie się ruszyć i coś zmienić zamiast prawić bzdety, o których każdy już wie i sporo ludzi z moim wieku ma podobny pogląd na sprawę. Niestety, politykiem nie zostanę, ministrem edukacji narodowej tym bardziej i pewnie lada chwila pokornie pójdę chociażby próbować wbić sobie do głowy miarkę z kubła informacji, które muszę zapamiętać do siódmego, ale zwyczajnie udzielił mi się nastrój buntu młodzieńczego, z którym zmagamy się chyba wszyscy, prawda? Bądzcie litościwi w swoich osądach, dobrzy ludzie..


King, jak samo nazwisko wskazuje-jesteś królem!:)
Z niecierpliwością czekam na ferie.. W tym roku obiecałam sobie, że wyjadę chociażby na tydzień na obóz snowboardowy. Jeździłam zaledwie jeden raz i był to mój najcudowniejszy pierwszy raz w życiu. Tak samo, jak gór nienawidziłam (jestem z Wielkopolski, wszędzie płasko, a jeśli już jest pod górkę, to obok postawiona jest masywna winda na 30 osób), tak samo mocno pokochałam. Ktoś zechce zabrać mnie na wypad w weekend? A tak poważnie, zaczynam odliczać dni do przerwy zimowej, a potem wielka, jaskrawo zielona kurtka wybędzie podbijać stok.. :)








Uciekam, udanego wieczoru spędzonego przy książkach.  Drogie dzieci, oceny na świadectwie same się nie obronią.. :>




https://www.youtube.com/watch?v=F55hrB6hHPc&feature=youtu.be

czwartek, 1 stycznia 2015

Katalog wspomnień, rachunek zysków i strat oraz jestem urodzonym wspinaczem



\
 Niestety, tytułowy mechanizm refleksji ma to do siebie, że albo przychodzi nieustannie i mogę godzinami rozdrabniać się nad wieloma kwestiami, albo omija mnie szerokim łukiem. Dziś znów zaszczycił mnie swą obecnością, jednak o godzinie 3 w nocy. Co z tego, że nie czuje ciała i ledwo kontaktuje? Mój mózg musi urządzać sobie imprezę w najmniej odpowiednim czasie, no oczywiście! Gdyby nie to, że darzę go przywiązaniem,wypieprzyłabym go z wynajętego mieszkania w przeciągu paru godzin za wielogodzinne imprezowanie w ostatnim czasie. 



 
Zaczął zastanawiać mnie swój dobytek. Cholera, jestem na tym świecie już prawie 17 lat, przeżyłam chcąc-nie chcąc ogrom sytuacji w różnych okolicznościach i z różnymi ludźmi.. Co, gdyby lada chwila mnie zabrakło, co bym zostawiła? Tak, tak, wiem, brzmi, jakbym planowała rzucić się pod pociąg za parę godzin, a ten wpis przejrzałoby tysiąc osób, jednak nie, do tego stopnia zdesperowana nie jestem. Do swojego tysiąca jeszcze uczciwie i spokojnie poczekam. Swoje życie zawsze oceniałam, jak najwyżej. Bez zastanowienia niczym Beata Tyszkiewicz, podniosłabym tabliczkę z silną, niezależną dziesiątką. Przecież jestem, tu i teraz, moje życie może wyglądać dokładnie w taki sposób, w jaki je ukierunkuje. Wszystko jest w moich rękach,  a nikt nie postawi mi granic poza samą sobą. Tak, jestem Panią swojego życia(podobno powtarzanie tych słów do lustra serio coś daje). Problem następuję jednak, gdy odwrócę głowę w lata ubiegłe, które w jakiś sposób przeszłam, czasami z głową do góry, czasami czołgając się, jak żołnierz, czuję, że skopałam tak wiele spraw.. Widzę miliardy rozwiązań w sytuacjach wtedy podbramkowych, widzę,w jaki sposób mogłabym lepiej rozegrać partię, którą toczyłam. Rany.. jakie to dobijające, że nie wszystko da się zmienić. Nie mogę stwierdzić, że czegoś żałuję, bo nie zdecydowałabym się nigdy na krok w tył, ale niemiłosiernie mi to ciąży i uwiera. Zostawiłabym rodzinę, znajomych, wszystkie sukcesy, które odniosłam, a przecież było ich tak wiele.. Zostawiłabym psy, auto, szkolę, miłość, którą gdzieśtam w sobie trzymam i pielęgnuję. Wraz z całym tym bagażem, który przysparza mi ogromnej dumy zostawiłabym 4 nierozwiązane sprawy, o których nie sposób zapomnieć. Takie rzeczy ciągną się za Tobą latami, to nie poplątany sznurek, który z oszczędzenia czasu na rozplątywanie, można uciąć i zszyć z powrotem. To jest takie małe cholerstwo, które przypomina się za każdym razem, gdy poczujesz się gorzej na duchu. Prowodyrem może być chociażby jesienny deszcz, albo skończony papier toaletowy, gdy już jest mocno za późno na wycieczkę do marketu, oczywiście z drugą częścią żartuję, nie róbmy komedii. Myślisz o tym za każdym razem, gdy się czegoś boisz, wstydzisz, towarzyszy Ci to w momentach, gdy jesteś slaby wpędzając się do psychicznego grobu, bo kojarzy się jedynie z negatywnymi odczuciami. Przecież to żaden powód do dumy.. Paradoksalnie, chcę być dumna ze swojego życia w każdym momencie, bez względu na to czy patrzę przed siebie, pod siebie, czy za siebie, nawet widząc te bagna, po których nadal mam brudne buty. Sęk w tym, że jeden z tych bagaży wędruje ze mną od 5 lat. Sama dokładałam do niego swoich rupieci, a teraz dziwię się, że strzela mi w krzyżu. Do tego dochodzą 3 około 200 kilogramowe (przeliczyłam) plecaki i wiśta! w drogę na Mount Everest! Jeszcze do cholery zza pleców słyszysz "co się ociągasz!? szybciej!". Nie przyjmuję postawy, jak dawniej, że wszystko to moja wina i śmiało godzę się, na robienie ze mnie osła ofiarnego przy wszystkich, ale zastanawia mnie fakt, komu odbiło. Chyba znów publicznie umyję ręce, wytrę twarz i ponownie nie dam zrobić z siebie klauna, jednak patrząc w lustro nadal widzę czerwone zakola i krwisty gąbkowy nos, bo na to pozwoliłam. "Ustąp, bądź pokorna, bo może jednak to Twoja wina i wszystko się samoistnie naprawi za sprawą czarodziejskiej różdżki" Nie, już nic się nie naprawi, a ja zgubiłam nadzieję, gdzieś, między podaniami do szkół, motocyklem, a przystankiem. Powiedzcie mi, jak z tego cholerstwa wyzdrowieć, skoro mija kolejny rok, a ja nadal czuję chrzanioną kulę u nogi, którą przywiązaliście?
Wdrapię się na ten pułap, zdobędę Mount Everest, potem K2, następnie z szerokim uśmiechem i miłością w oczach powiem, że to wszystko dzięki wam, bo pokazaliście mi dolinę, z której zmierza się na sam szczyt. Jeśli w to nie uwierzę przez pół roku, wytatuuję sobie to chociażby na czole, byleby za każdym spojrzeniem w lustro wiedzieć, gdzie odnajdę zaginione klucze do drzwi, przy których tkwię.






No sej w końcu..
https://www.youtube.com/watch?v=Eqbojbu5Z-w






Przypomnę o zadawaniu mi pytań TU (czytaj: najedz kursorem, kliknij i zadaj pytanie, jakiekolwiek do głowy Ci tylko przyjdzie) w celu stworzenia ciekawego Q&A z odpowiedziami obszerniejszymi, niż na asku. Do kościoła nie chodzę, więc niech będzie to mala spowiedź zależna od was.

Naćpany dżentelmen, zbita pięść i moje poglądy na szacunek zależny



Oto i jestem, zmęczona, z opuchniętymi oczami od alergii i przeziębiona na amen najwspanialsza-ja.
Udało mi się wreszcie dotrzeć do domu po imprezie w Międzychodzie i nocce, a raczej dniówce, u Agaty. To, co nasuwa się w chwili obecnej na usta najbardziej, to to, że zdecydowanie to będzie jeden z najbardziej pamiętnych sylwestrów w moim życiu. Wszystkiego raczej opisać nie chcę z różnych przyczyn, ale rzeknę mniej więcej, o swoim czarującym wieczorze. 
Najpierw wparowałam do Agaty przed 17, poszłam z jej kuzynką kupić jedzenie i picie, a potem zostało mi jedynie staranie się o nie powyrywnie waty z sofy z powodu oczekiwania na na brązowooką księżniczkę. Po 19 byłam już na miejscu. Z otwartym sercem przyznam, że była to chyba jedyna impreza, gdzie towarzystwo naprawdę mi odpowiadało. Znałam zaledwie 5 osób na około 40, więc zaistniała sytuacja graniczyła z cudem i najwidoczniej tę granice z gracją przekroczyła. Niestety, od każdej zasady musi być jednak wyjątek, a raczej dwa czerwonookie wyjątki :):):) Jednak na razie pozostawiając.. Powykręcałam się trochę na parkiecie, poznałam sporo w porządku osób, pogadałam, pośmiałam się, robiłam nałogowo herbatę i spędziłam przyjemnie czas.
Całość oceniam na plus, ale oczywiście nie obyło się bez tytułowej refleksji i to na niej będę skupiała się bardziej, niż na opisywaniu jak to mega-super-hiper się bawiłam i jak wiele mega-super-hiper rzeczy robiłam z mega-super-hiper ludźmi. Swoją drogą, nienawidzę typowego dla ludzi z mojego środowiska lania wody. Pewnie kojarzycie, ludzie, którzy ciągle zachwycają się nad każdym elementem w swoim życiu, poznają najcudowniejszych, najzabawniejszych ludzi, a ich życie przypomina zaśmierdziałe fiołki do tego stopnia, że czujecie jak ta cała klejąca się słodycz owija was w kokon. Dosłownie zbiera się na tęczowe wymiociny. Docenianie każdej cząstki życia jest dobrym pomysłem na życie, sam Albert Einstein powiedział, że można patrzeć na życie pod dwoma względami, jakby wszystko było cudem, lub jakby nie było nim nic. Szkoda, że tylko te przesłodzone życie ma swoje zmaterializowanie jedynie w internecie i na tym się kończy. Przepraszam, ale nie wierzę w życie usłane nieustannie fiołkami, tak samo, jak nie wierzę w pochłonięcie wielkiego, czekoladowego tortu, po którym hula hop nie będzie leżał na mnie, jak ulał. Cenię ludzi, którzy potrafią przyznać, że jest u nich czasem do dupy i nie próbują tego zataić dając pozory życia idealnego. Nie kalkuluję tego oczywiście z zawiści, (przecież tak bardzo super jest wiedzieć, że komuś nie wychodzi w życiu to przecież zawsze podnosi na duchu, jeśli komuś się nie udaje) ale ze zwyczajnej wiarygodności i szczerości, która jest dla mnie sprawą nadrzędną. Przechodząc do wstępnego rozbudowanego tematu:

Na wstępie przepraszam męską część odwiedzających bloga i liczę na to, że mimo tej notatki będę mieć nadal szanse na znalezienie sobie faceta. Ja naprawdę nie chcę, aby gromada yorków towarzyszyła mi do późnej starości..  Nie zrozumcie mnie zle, bo faceci to fajna sprawa. Pomocni, zabawni, pogadają, pośmieją się, przyniosą kurtę, jak Ci zimno, otworzą drzwi-super wynalazek, jak dla mnie. Moje drogi z potomkami Adama układały się w różny sposób, choć nie ukrywam, że jest wiele facetów, którzy mnie omijają, a ja omijam ich z powodu pewnych sytuacji i nie specjalnie mi przeszkadza to, że osoby, z którymi znam się od 3 lat nie powiedzą mi cześć na ulicy, w każdym razie nie jest to dla mnie powód do rozpaczy. Sęk w tym, że zetknęłam się z całą masą jegomościów, którzy potraktowali mnie w sposób jednakowy i z tego też powodu nie pcham się na siłę do nurtu konwersacji z nimi. Postaram się uważać, jakich słów używam, bo zdaję sobie sprawę, że nie każdy facet jest typem, który niżej omówię. Coś czego nienawidzę ponad wszystko inne, to chamstwo. Przerabiałam i omawiałam ten temat dość obszernie we wcześniejszych notatkach, ale to jest specjalne odgałęzienie, dzięki któremu potrafię odrzucić na krótki moment wszystkie przyjęte wartości i postąpić w sposób, w jaki postąpiłam wczorajszej nocy. Faceci przez dłuugi ogrom czasu wydawali mi się najbardziej powierzchownymi osobnikami na kuli ziemskiej. Nie ukrywam, specjalnie urodziwym dzieckiem nie bylam nigdy, choć w głowie miałam coś nieprzerwanie i samo dogadywanie się z mężczyznami przychodziło mi bez większych problemów. Faceci zwyczajnie przez to, że na mnie nie lecieli, nie okazywali mi ani grama szacunku i potrafili opluć z każdej strony, a mi ani było mi myśleć godzić się z czymś takim. Koleżance, która pokazywała pupę na każdym kroku wchodzili w tyłek w każdym tego słowa znaczeniu, a mnie zostały tylko sterty chamskich obelg o każdej możliwej treści. Nie mówię oczywiście o sytuacji, że facet powie, że mu się nie podobam, a ja już aktywuję zbroję bojową, bo cóż, no bywa, nie ma osoby idealnej, ale chodzi mi o najbardziej kolokwialne nazywnictwo świata, które w większości sytuacji jest używane bezpodstawnie. Nie poprę faworyzowania poprzez wygląd, bo każdy człowiek jest atrakcyjny, a jedynie otwarcie buzi może sprawić, że ktoś jest jeszcze bardziej przyciągający, bądz odpychający. Wygląd to ważna sprawa, okej, zgodzę się, bo wolę rozmawiać z kimś, kto widzę, że jest zadbany, schludnie wyglądający i ogólnie dba o siebie, niż z kimś zapuszczonym, którego zapach czuć w całym pomieszczeniu. Zwyczajnie to cieszy oko i na to zwracamy uwagę. Są jednak rzeczy, na które wpływu nie mamy, nie da wymienić sobie twarzy Jeniffer Lopez, czy Beyonce, bo to zwyczajnie nie jest od nas zależne. Równie drażniąca jest dla mnie sytuacja, kiedy facet staje się opryskliwy i agresywny, bo dziewczyna nie chce posunąć się do tego, na co ten liczył. No przepraszam bardzo, cieszę się, że wbrew moim wcześniejszym poglądom, są nadal kobiety, które się szanują i mimo znacznej dawki alkoholu nie ściągną majtek przed nowo poznanym facetem. Najbardziej jednak irytuje mnie "szacunek zależny". Już tłumaczę. Sytuacja: liczę, że dasz mi to, czego chcę, bo wyglądasz na łatwą, więc będę dla Ciebie miły i uczynny, bo mam w tym interes, a mianowicie kondona w kieszeni. Czy wszystko musi być zależne od tego, czy ma się w tym interes? No ludzie.. Tak ciężko mieć szacunek i traktować dobrze ludzi bezinteresownie? Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że jest wielu facetów, którym nie przeszło coś takiego przez myśl i są naprawdę porządni, co spotykało mnie wielokrotnie wczoraj. Przepraszam, że nie wierzyłam tak bardzo w świat, jak powinnam ostatnio, jednak wczorajsza noc mnie tego nauczyła i ofiarowała naukę. Faceci, nie jesteście czasem tacy zli!:)

Wczorajszą imprezę zakończyłam zgubioną bransoletką, do teraz nie wiem, kiedy, jak i co, oraz stłuczoną pięścią. Zdaję sobie z tego sprawę, że jest to odbiegające od pacyfistycznej postawy, którą przyjmuję w każdym swoim działaniu, jednak liczę, że sylwestrowa noc mi to wybaczy, bo nie pozwolę nikomu równać się z błotem, tym bardziej zaćpanemu cwaniakowi z kompleksem niższości. Szkoda tylko, że gumka, którymi wymachiwał przed nosem większości z dziewczyn skończy jako latający na wietrze balon przysparzając niemiłosierną "bekę" w towarzystwie. W sumie nie ma lepszej rozrywki niż nadmuchany kondom dla takiego poziomu :) Życzę szybkiego powrotu do zdrowia, ściągamy czapeczkę, czerwone soczewki i schodzimy na ziemię przyjacielu :)


Och, mój pretenderze..
https://www.youtube.com/watch?v=g-kpWjf6I0g

Kurujcie się po sylwestrowym wieczorze, bo niektórzy jutro muszą iść do szkoły, podczas, gdy LO będzie gnić ze swoimi tyłkami nieestety do 7 stycznia, powodzenia w jutrzejszym ciężkim poranku :)

środa, 31 grudnia 2014

Parę słów na temat "Idy" Pawlikowskiego oraz Polskiego kina, zmienione plany sylwestrowe




Przed sekundą wstałam, w sumie mogę stwierdzić, że się wyspałam po wczorajszym gadaniu do 5, choć naprawdę było warto :) Mój sylwester zmienił swój kształt dwa dni temu i przeobraził się z sylwestra z Polsatem na sale w Międzychodzie, Allehluja! Jedna z lepszych wiadomości tego dnia. Wczoraj natomiast miał miejsce mały wypad do galerii z Agatą i to na tyle.
 

Ostatnimi czasy udało mi się dorwać do rozsławionej nominacją na najlepszy europejski film roku 'Idy' reżyserii Pawła Pawlikowskiego oraz Rebecci Lenkiewicz, która dodała swoje przysłowiowe "trzy grosze" podczas tworzenia scenariusza. Przepraszam, że tak to ujmę, ale Polskie filmy uważam za jedno, wielkie nieporozumienie. Na palcach jednej ręki mogę policzyć ekranizacje, które przypadły mi do gustu. Nie mówię oczywiście o żadnych komediach, które śmiesznie nie-śmieszą, lub nawiązują jedynie do tematu seksu w najbardziej obrzydliwy ku temu sposób. Mamy ogrom niedocenionych, utalentowanych Polskich aktorów (chociażby Dorotę Segdę, Danutę Stenkę czy Bronisława Wrocławskiego), ale większość produkcji, które trafia na Polski rynek z jako-takim na nasz kraj ""hukiem""obsadzona jest schematycznie w Karolaka, Sthura i Szyca. Nie uważam, że każdy z nich jest makabrycznym aktorem, jednak, gdy widzi się te same twarze na każdym filmie, to przepraszam, ale mi osobiście zbiera się na mdłości. Jeśli już tworzymy filmy, albo są ogromną klapą(dużo takich niestety), albo strzałem w dziesiątkę. Jednym z drugich wymienionych jest na pewno Sala Samobójców. Fakt, faktem, rozeszła się na tyle, że nie sposób nie oglądać jej setny raz bez pewniej "odrazy", jednak moje pierwsze razy były, jak najbardziej udane. "AmbaSSada, "Oszukane" czy też "W imię.." wywarły na mnie również spore wrażenie, a z dniem dzisiejszym do ich grona dodam ową "Idę". Film z początku nużący, trochę niezrozumiany, potem zyskuje w oczach widza. Klimat całego filmu jest mocno melancholijny, istotną sprawą jest fakt, że klisza jest wyłącznie czarno-biała, co, według mnie, dodaje ogromnego uroku całej produkcji. Zdecydowanie nakłania do refleksji, a takie filmy uwielbiam. Obsada nie kuje w oko, aktorzy są świeży i nie czuć w nich "zgnilizny" z którą zmaga się chociażby sam Szyc. Pokłon w stronę, znacznie bardziej znanej niż koledzy, Agaty Kuleszy, za świetną kolejną już grę aktorską i wcielenie się w postać na medal.
Nie polecam tego filmu osobom, które poszukują w dziesiątej muzie szeroko rozbudowanej akcji i dużą wagę przywiązują do rozrywki. Nie znajdzie się tam strzelanin, czy rozłupywania głowy, jak orzecha siekierą, ale mnie osobiście wartość merytoryczna wbiła w fotel. 
Zamierzam zabrać się jeszcze za "Różę" Smarzowskiego oraz "Miejsca urodzenia" Łozińskiego, ale na to jeszcze znajdzie się odpowiednia pora i być może rozgadam się na ich temat :)


Stworzyłam przedwczoraj na kolanie listę noworoczną. Z paru podpunktów zdążyłam się wywiązać już teraz, jednak  ciągle mi mało. Myślę, że opublikuje ją w najbliższym czasie, a teraz uciekam się szykować na sylwestra i noc u Agaty. Obfitej w emocje nocy:)


"zostałem sam jak stroję"
https://www.youtube.com/watch?v=JKmFUffQKXo