Niestety, tytułowy mechanizm refleksji ma to do siebie, że albo przychodzi nieustannie i mogę godzinami rozdrabniać się nad wieloma kwestiami, albo omija mnie szerokim łukiem. Dziś znów zaszczycił mnie swą obecnością, jednak o godzinie 3 w nocy. Co z tego, że nie czuje ciała i ledwo kontaktuje? Mój mózg musi urządzać sobie imprezę w najmniej odpowiednim czasie, no oczywiście! Gdyby nie to, że darzę go przywiązaniem,wypieprzyłabym go z wynajętego mieszkania w przeciągu paru godzin za wielogodzinne imprezowanie w ostatnim czasie.
Zaczął zastanawiać mnie swój dobytek. Cholera, jestem na tym świecie już prawie 17 lat, przeżyłam chcąc-nie chcąc ogrom sytuacji w różnych okolicznościach i z różnymi ludźmi.. Co, gdyby lada chwila mnie zabrakło, co bym zostawiła? Tak, tak, wiem, brzmi, jakbym planowała rzucić się pod pociąg za parę godzin, a ten wpis przejrzałoby tysiąc osób, jednak nie, do tego stopnia zdesperowana nie jestem. Do swojego tysiąca jeszcze uczciwie i spokojnie poczekam. Swoje życie zawsze oceniałam, jak najwyżej. Bez zastanowienia niczym Beata Tyszkiewicz, podniosłabym tabliczkę z silną, niezależną dziesiątką. Przecież jestem, tu i teraz, moje życie może wyglądać dokładnie w taki sposób, w jaki je ukierunkuje. Wszystko jest w moich rękach, a nikt nie postawi mi granic poza samą sobą. Tak, jestem Panią swojego życia(podobno powtarzanie tych słów do lustra serio coś daje). Problem następuję jednak, gdy odwrócę głowę w lata ubiegłe, które w jakiś sposób przeszłam, czasami z głową do góry, czasami czołgając się, jak żołnierz, czuję, że skopałam tak wiele spraw.. Widzę miliardy rozwiązań w sytuacjach wtedy podbramkowych, widzę,w jaki sposób mogłabym lepiej rozegrać partię, którą toczyłam. Rany.. jakie to dobijające, że nie wszystko da się zmienić. Nie mogę stwierdzić, że czegoś żałuję, bo nie zdecydowałabym się nigdy na krok w tył, ale niemiłosiernie mi to ciąży i uwiera. Zostawiłabym rodzinę, znajomych, wszystkie sukcesy, które odniosłam, a przecież było ich tak wiele.. Zostawiłabym psy, auto, szkolę, miłość, którą gdzieśtam w sobie trzymam i pielęgnuję. Wraz z całym tym bagażem, który przysparza mi ogromnej dumy zostawiłabym 4 nierozwiązane sprawy, o których nie sposób zapomnieć. Takie rzeczy ciągną się za Tobą latami, to nie poplątany sznurek, który z oszczędzenia czasu na rozplątywanie, można uciąć i zszyć z powrotem. To jest takie małe cholerstwo, które przypomina się za każdym razem, gdy poczujesz się gorzej na duchu. Prowodyrem może być chociażby jesienny deszcz, albo skończony papier toaletowy, gdy już jest mocno za późno na wycieczkę do marketu, oczywiście z drugą częścią żartuję, nie róbmy komedii. Myślisz o tym za każdym razem, gdy się czegoś boisz, wstydzisz, towarzyszy Ci to w momentach, gdy jesteś slaby wpędzając się do psychicznego grobu, bo kojarzy się jedynie z negatywnymi odczuciami. Przecież to żaden powód do dumy.. Paradoksalnie, chcę być dumna ze swojego życia w każdym momencie, bez względu na to czy patrzę przed siebie, pod siebie, czy za siebie, nawet widząc te bagna, po których nadal mam brudne buty. Sęk w tym, że jeden z tych bagaży wędruje ze mną od 5 lat. Sama dokładałam do niego swoich rupieci, a teraz dziwię się, że strzela mi w krzyżu. Do tego dochodzą 3 około 200 kilogramowe (przeliczyłam) plecaki i wiśta! w drogę na Mount Everest! Jeszcze do cholery zza pleców słyszysz "co się ociągasz!? szybciej!". Nie przyjmuję postawy, jak dawniej, że wszystko to moja wina i śmiało godzę się, na robienie ze mnie osła ofiarnego przy wszystkich, ale zastanawia mnie fakt, komu odbiło. Chyba znów publicznie umyję ręce, wytrę twarz i ponownie nie dam zrobić z siebie klauna, jednak patrząc w lustro nadal widzę czerwone zakola i krwisty gąbkowy nos, bo na to pozwoliłam. "Ustąp, bądź pokorna, bo może jednak to Twoja wina i wszystko się samoistnie naprawi za sprawą czarodziejskiej różdżki" Nie, już nic się nie naprawi, a ja zgubiłam nadzieję, gdzieś, między podaniami do szkół, motocyklem, a przystankiem. Powiedzcie mi, jak z tego cholerstwa wyzdrowieć, skoro mija kolejny rok, a ja nadal czuję chrzanioną kulę u nogi, którą przywiązaliście?
Wdrapię się na ten pułap, zdobędę Mount Everest, potem K2, następnie z szerokim uśmiechem i miłością w oczach powiem, że to wszystko dzięki wam, bo pokazaliście mi dolinę, z której zmierza się na sam szczyt. Jeśli w to nie uwierzę przez pół roku, wytatuuję sobie to chociażby na czole, byleby za każdym spojrzeniem w lustro wiedzieć, gdzie odnajdę zaginione klucze do drzwi, przy których tkwię.
No sej w końcu..
https://www.youtube.com/watch?v=Eqbojbu5Z-w
Przypomnę o zadawaniu mi pytań TU (czytaj: najedz kursorem, kliknij i zadaj pytanie, jakiekolwiek do głowy Ci tylko przyjdzie) w celu stworzenia ciekawego Q&A z odpowiedziami obszerniejszymi, niż na asku. Do kościoła nie chodzę, więc niech będzie to mala spowiedź zależna od was.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz