Londyn, Londyn, Londyn i po Londynie.Czekanie od 6 miesięcy na termin, który wydawał się tak odległy, że prawie zapomniałam o wyjeździe. Szczerze powiedziawszy, gdyby nie dziewczyny, które truły mi nad uchem, ze zaczęły się już pakować, kolejno wymieniając co spakowały i umawiając się wzajemnie, która co weźmie-zapomniałabym z całą pewnością. Godzinę przed wyjazdem cudem spakowałam do walizki ostatnie pierdoły i pomknęłam autem do autokaru. Jak na każdej wycieczce, pierwszym punktem atrakcji była krwiożercza walka, a raczej jatka, o tylne miejsca, którą Anka przypłaciła rozwalonym kolanem. Śmieszną sprawą, a raczej bardzo obrazową i przedstawiającą w jakim charakterze wyżej wymieniony bój się toczył, była sprawa tajemniczej torby, która wynurzając się spod ziemi trafiła dokładnie pod nogi mojej towarzyszki 20-godzinnej niedoli skutecznie pozbywając ją skóry na kolanie. Pominę może charyzmatycznego kierowce, który podczas całej wycieczki raz przyrżnął w słup, następnie około 5 razy zahaczył o znaki drogowe, by końcowo prowadzony przez niego krwistoczerwony autokar powitał karoserię samochodu prowadzonego przez równie krwistą Francuzkę, która potrzebowała interwencji policji, aby zrozumieć, że ciężko nie zauważyć wielkiego autokaru czołgającego się 20km/h w korku przed jej maską samochodową.
Oczywiście, nie obyło się bez kolejnej akcji pod nazwą:
"Ochmann wpada w tarapaty".
Po 17 godzinach drogi, obudził mnie miły głos jednej z nauczycielek informujący, że lada chwila przekroczymy granicę Francja-Anglia, zwracając się zarazem z prośbą o wyciągnięcie paszportów/dowodów do odprawy. Ledwo się dobudziłam, przeciągnęłam dwa razy i zaczęłam grzebać w torbie próbując wyszukać swoje dokumenty. Dowodu nigdy nie wyrabiałam, choć powinnam lata temu, granice przekraczałam za każdym razem z paszportem, więc to on bawił się ze mną w szukano. Wyciągam, jest-ha, Ochmann tym razem nie nawaliła i do wszystkiego się przygotowała.. Punktualnie na miejsce zbiórki, a nawet chwilę wcześniej, funty wymienione na ostatnią chwilę, ale są, najlepsze miejsca w autokarze zajęte-no i co może pójść teraz nie tak? "Go and I wish you a lucky day". Szybciej, niż wtedy do autobusu nie biegłam nigdy. Blondynki mają łatwiej, zdecydowanie. A tak poważnie, nie wiem, jakim cudem wyszłam z tego cało i dlaczego mój fart był tak kosmiczny. Durne dziecko szczęścia..Wiadomo, w momencie wyjazdów każdy podziwia zdjęcia paszportowe wołające o pomstę do nieba towarzyszy, śmiechów nie ma końca, bo brak osób, które są z nich zadowolone. Coś jednak przykuło moją uwagę. DATA. Czytam raz, nie wierzę, jeszcze raz, znów coś nie pasuje. Zaczynam sobie to sylabować TER-MIN WA-ŻNO-ŚCI 13 KWI/APR 2015. Słucham? Nie ukrywam, spękana byłam,
jak nigdy w życiu. W myślach już widziałam rodziców, którzy jadą 17 godzin, by odebrać mnie z granicy, a zaraz za nimi nauczycieli i resztę ekipy, której osunął się cały grafik, bo muszą ze mną poczekać. No genialnie, lepiej być nie może. Zebrałam się po chwili, mimo pogardliwych spojrzeń dziewczyn i stwierdziłam, że już teraz nic nie zrobię, a jedyne wyjście z tej sytuacji, to udawać blondynkę-idiotkę. Doczłapałam się do odprawy, szybko spojrzałam na osoby tam zatrudnione i modliłam się o stanowisko nr 4 z sympatycznie wyglądającym staruszkiem. Po chwili kobieta, która kolejno przydzielała stanowiska uśmiecha się do mnie i wskazuje czwórkę. Błogosławieństwo. Uśmiecham się najpiękniej, jak umiem, rozpuszczam włosy, poprawiam ciuchy i idę. Po pierwszych 4 sekundach słyszę formułkę, że mój paszport jest nieważny. Hm, czyli możliwość "może nie zauważy" przepadła. Dowiedziałam się o tym parę minut wcześniej, wiec zbytnio nie musiałam udawać zaskoczonej. Wystękałam jedynie "jak to?" w odpowiedzi na co data ważności została jedynie przysunięta bliżej mojego nosa. Coś wystękałam. Facet milczy. Zapytałam co dalej, gdy ten zaczął mnie zasypywać lawiną pytań typu gdzie jadę, z kim, w jakim celu, co mam zamiar zwiedzać i na jaki czas. Ze swoim podstawowym angielskim dałam radę ustosunkować się do pytań, ale to raczej z powodu namacalnej sytuacji zagrożenia nagle mnie olśniło. Wydaje mi się, że w tej chwili zdałabym rozszerzoną maturę z angielskiego na 100%. Po kolejnej chwili ciszy i wgapianiu się z oczami ze Shreka usłyszałam
Po przyjeździe nie marnowaliśmy czasu i wyruszyliśmy na miasto. Może będę zbyt banalna, bo wiele takich osób, które zachwycają się Anglią, a w szczególności Londynem, ale zakochałam się prawie, jak w Polsce. Uważam się za patriotkę, jednak klimat niskich domków, szerokich ulic, przedmieść, ale też ogromnych tłumów ludzi na przejściach dla pieszych mnie urzekł. Kurczę, po 3 dniach w Londynie stwierdzam, że cierpimy na syndrom małej wsi. Dużo u nas krzywych spojrzeń, obgadywania, odrzucania i dystansowania się od otoczenia (co nie oznacza, że brak u nas wspaniałych rzeczy, których inne kraje mogą nam jedynie pozazdrościć) Londyn to jedna, wielka, tętniąca i wylewająca się z każdej strony charyzma i sympatia. Poznając kogoś na ulicy momentalnie
czułam, że znalazłam przyjaciela, śmiało żartowałam i się otwierałam, bo to społeczeństwo i ta mentalność ekspresowo przyciągają zaufanie i odrzucają sztywne podejście do relacji międzyludzkich, które wymaga rozmowy zasłaniając się nieustannie maską. W drodze powrotnej zahaczyliśmy na cały dzień o Paryż. Grą wycieczki zdecydowanie było Makao. Makao pod wieżą Eiffla, makao w pod Luwrem, makao pod katedrą Notre Dame. No bo po co zwiedzać?
Nie będę się zbytnio rozdrabniać nad każdym dniem, bo szkoda waszego czasu na czytanie kolejnych zwierzeń do kotleta i są też rzeczy, które wolę zostawić dla siebie, jednak wyjazd był naprawdę genialny. Dobrze zrobiło mi 6-dniowe odcięcie się zakompleksionych, zawistnych i fałszywych ludzi, jednak może to zostawię na inną notkę, bo podejrzewam, że nie starczyłoby mi miejsca w notatniku, a nie mam zamiaru pisać tego "po łebkach". Po prostu niektórzy zasługują na znacznie bardziej rozwiniętą i pełną notatkę :)
Z wycieczki wróciłam w sobotę po wystawieniu ocen, więc można powiedzieć, że od 2 tygodni mam wakacje. Cóż, chyba muszę się nimi nacieszyć, bo to najkrótsze wakacje w moim życiu. W sumie z wolnego czasu mam do wygospodarowania jeszcze tydzień, a potem witaj wakacyjna praco :)
Nie wiem, czy to przez pogodę, czy przez wyjazd, czy przez zalatany okres, ale czuję, że skutecznie udało mi się dać kopa zimie, nie tylko tej za oknem, i mam swoje 5 minut spookoju.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz