Hm, no tak. Miałam dziś nie pisać, hm, no tak, w sumie piszę.
Wczoraj, jak zapowiadałam wpadły do mnie dziewczyny, na wspólna wigilię. Oczywiście cały plan nie mógł "od tak" wypalić bez nieprzychylności losu, więc godzinę przed nadenerwowałam się wystarczająco i dopiero godzinę po tym ze spokojem oddychnęłam przy stole. Krótkie migawki "uciekająca z domu", "poszukiwana", "katorżnicza matematyka", "jak Ty się uczysz?!", ja nie mam kasy","nie bądźcie złe" i "ma Pani u mnie dług". Czy ja nigdy nie mogę mieć normalnych, ułożonych znajomych? Jeszcze wcześniej, mimo najgorszych rokowań prosto z piekła dotarł do mnie smart, nie powiem, po takim czasie czułam się, jakbym wsiadała do ferrari.. Udałam się z babcią do galerii, zrobiłam zakupy na wieczór i do domu. Koniec końców, po wyżej wspomnianych problemach "technicznych" zjadłyśmy w 10 minut wszystko, co robiłam wraz z babcia przez 2 dni, nieważne. Obejrzałyśmy najgłupszy film świata. Mimo napływów idiotyzmu, rozśmieszył do łez, przez co oceniam na plus. Polecam każdemu "Igrzyska na kacu"- mamo, przepraszam, bo wiem, że jako znawca dobrego kina, wymierzam Ci tymże poleceniem cios w samo serce.
Od rana trochę pogrzeszyłam leniuchowaniem, sprawdziłam, co należy zrobić do szkoły i uciekłam pobyć outsiderem samotnie błąkając się pomiędzy parami na lodowisku. W gruncie rzeczy dobrze mi to zrobiło po całym weekendzie z babcią. Na samą myśl o tym, co przeszłam czuję się o połowę cięższa. -7kg uciekło bezpowrotnie, a mi znów zostanie opona szczęścia. W sumie trzeba zaakceptować siebie-tak mawiała moja babcia.
Przechodząc to tej "ambitniejszej" części wpisu, która zdecydowanie bardziej nakłoniła mnie do samego zerknięcia na bloga..
Dziś przemierzając ulice Śremu w drodze powrotnej z lodowiska zdałam sobie sprawę, że przejeżdżam właśnie koło kościoła. Rzadko tam bywam, więc nie dziwcie się memu odkryciu, bo doznałam wrażenie, jakby właśnie wyrósł z podziemi, mimo, iż jest dokładnie w tym samym miejscu od -- lat. A to heca! Przez chwilę popatrzyłam na dzwonnicę, cmentarz tuż obok i momentalnie coś mną ruszyło, dosłownie i w przenośni. No tak, na termometrze koło -3.5, a ja do morsów nie należę na pewno biorąc pod uwagę moje relacje z ciepłym kocem i herbatą, ale już wracając.. Odwiedzałam ten kościół 2 lata temu podczas daremnych prób zdobycia sakramentu bierzmowania-cóż, po 5 podejściach dałam spokój- a ostatnio zawitałam tam 26 października późnym wieczorem i z ogromną rozpaczą w sercu. Raz przyszło mi namyśl, aby sama z siebie iść do kościoła, zawsze omijałam to siedlisko, jak największym łukiem. Dopiero wtedy, gdy doświadczyłam na własnej skórze załamania nieba, udałam się tam bez zastanowienia. Szczerze przyznam, była to sytuacja bez wyjścia, typowy kozi róg, i nie było mowy o jakimś "ukrytym wyjściu"-jedynym rozwiązaniem było pogodzenie się z przekazaną mi informacją. Na samą myśl o tamtych paru dniach czuję gulę w gardle-jestem cholernie wrażliwą osobą w pewnych aspektach życia. Sęk w tym, że zdałam sobie z czegoś sprawę-NIE JESTEM JEDYNA. Co prawda, nigdy nie plułam na kościół, mam swoje zdanie, ale szanuję każdego, kto ma inne racje niż ja(w celu wyjaśnień), jednak zupełną ironią losu są dla mnie zachowania ludzi, którzy przez cale swoje życie kpią z kościoła, dewastują wszelkie poczynania tejże instytucji, nie czują respektu przed niczym i nikim, a przychodzą, jak stado baranów z łbami w dół, dopiero wtedy, gdy, teoretycznie, umrze dla nich bliska osoba niewyjaśnionych przyczyn. Rozumiem daną sytuację, idą tam ze względu na przekroczenie granicy desperacji oczekując odpowiedzi na pytania, które w sobie noszą, ale powiem wam szczerze, ja sobie tego nie wyobrażam. To boli, że ludzie zauważają pewne wartości pewnych spraw, na które wcześniej, przepraszam za wyrażenie, lali ciepłym moczem, dopiero wtedy, kiedy mają w tym interes. Bardzo refleksyjne pytanie zadał Wodecki wiążące się z tym tematem "Co jeśli na stole operacyjnym leży homofob, a dawcą jest gej?" Przez całe życie ktoś potrafił niszczyć czyjeś życie za sposób myślenia, zachowywania się i życia pewnej osoby, nienawidząc ją, po czym raduje się, jak zapchlony kundel myrdając przy tym radośnie ogonem, gdy słyszy, że nagle znalazł się dawca, a dopiero wtedy poboczną sprawą staje się fakt, że jest gejem. Momentalnie zmienia przekonania? No tak, albo umrzeć z tą syfiastą nienawiścią, albo zmienić sposób myślenia mając za marchewkę obraz bliskich. Znowu wyjdzie, że narzekam na wszystko i mam depresję, ale cholera.. Ludzie serio są do kitu, skoro ich zdanie, przekonania, nawet wiara, zmienia się w obliczu pewnych czynników. Nie mówię, że wszyscy myślimy i zachowujemy się tak samo, ale zwyczajnie wielokrotnie natykałam się na dresów w pierwszych ławkach kościoła opłakujących "ziomka", którzy jeszcze miesiąc temu rzucali w owy kościół butelkami po piwie. Jakby łatwiej nie było mieć jednego, klarownego zdania, które jedynie będzie się modernizować z biegiem czasu, wniosków i doświadczeń.
Niekiedy kontrowersyjną kwestią jest też moja wiara. Nigdy nie kryłam, że specjalnie za kościołem nie jestem. Nie pchałam się co niedzielę przed ołtarz, nie obchodziłam należycie różnorakich świąt i gardło mimowolnie mi się ściskało, gdy wysłuchiwałam słów katechetów o tym, jak wielki jest Bóg. Kiedy na początku roku ogłosiłam, że zamiast religii wolę posiedzieć godzinę w świetlicy poczułam się, niczym Antychryst z pentagramem na czole i martwym kotem w ręce. Do diabła jest mi ciut dalej niż do Boga, jednak już słyszałam z ust księdza, że to w jego domu spędzę wieczność-tam chociaż palą, jak wspominałam wyżej-zimna nienawidzę, jednak już przestałam się tłumaczyć i po prostu potakuję. Sam kościół jest dla mnie siedliskiem przepychu, rozmachu i wypełniającym cały budynek odgłosem wrzucanych monet, lub też cichym szelestem banknotów, oczywiście w zależności od stopnia wiary. Chyba nie ma znaczenia gdzie się wejdzie, w Śremie, Krakowie, Wrocławiu, czy Chodzieży, wszędzie aż kipi złotem. Wytrwalej wbijając ślepia w ołtarz mam wrażenie potopu czy też lawiny złota. Do tego na piedestale ksiądz, który ledwo mieści się w wejściu, obwieszony złotem i krzyżem przy piersi. Co jak co, można i tak. Każda msza składa się z jednego, podsuwania pod sam nos koszyka wypełnionego po brzegi-"idźcie w pokoju Chrystusa" i znów koszyk, "Bogu niech będą dzięki-koszyk-"Amen". Przepraszam, ja widzę to w taki sposób. Wierzę, że te pieniądze są na cele charytatywne, bądź pomagające wspólnocie, ale zbyt często spotykałam się z matactwami, aby szczerze w to wierzyć. Chrzest odbyłam, komunię również, ale niestety nie doczłapałam się do końca bierzmowania, bo wiem, że z mojej strony byłoby to w zupełności nie szczere, a sakrament bez szczerości nie ma żadnego pokrycia. Pomijając słowa księdza, który kazał przyjść do siebie w nocy wraz z rodzicami. Co do katechetów, to sprawa jest prostsza, trafiałam zwyczajnie na takich, którzy w swych mowach przypominali jedynie mi o tym, że skończę w piekle, tym samym sami wierząc w niego z klapkami w oczach zatracając się w ortodoksyjnych poglądach, które nie zawsze idą w zgodzie z moralnością. Podsumowując, w Boga wierzę, bardzo. Nie wstydzę się tego i śmiało o tym mówię, wierzę, że gdzieś tam jest i przyjdzie mi się z nim spotkać, jednak moje przekonania maja odzwierciedlenie w sercu i przejawiają się w czynach. Z przyjemnością służę ludziom, przeżywam na swój sposób większość świąt i niekiedy się modlę, jednak nie potrafię się zgodzić z polityką chrześcijaństwa, przez co nie uważam się za głęboko wierzącą chrześcijankę.
Pragnę zakończyć refleksjami z innej beczki.
Trudno mi oszukiwać samą siebie i innych, że zawsze jest genialnie,że jestem rozrywana towarzysko,że mam kupę znajomych,że wszystko co robię po godzinie 15 w dół jest niczym huragan możliwości. Nie mam zamiaru nawet takiej udawać, bo są chwile, kiedy chcę pobyć ze znajomymi i są chwile, kiedy zupełnie się od nich izoluję. W gruncie rzeczy mój wzrok jest skierowany na słowa "TERAŹNIEJSZOŚĆ" i "PRZYSZŁOŚĆ", a przeszłość odchodzi wraz z zacieraniem się wspomnień w mojej głowie. Niestety są takie dni, jak ten, kiedy staję, odwracam się i spoglądam jeszcze raz na dawne przeżycia. Selekcjonuje, rozważam. Szczerze(dziś jestem nadto szczera, w całej notce użyłam chyba 5 razy słowa "szczerze") mówiąc, są takie momenty, w których wybieram się do związanych ze mną miejsc, oddalonych nawet o 2 lata, przeżywam na nowo pewne wspomnienia i uznaję, że niektóre kłótnie i przykre sytuacje mogły zwyczajnie się nie zdarzyć. Przykro jest odwiedzać te same miejsca, bez tych samych osób i równie smutno jest przypominać sobie, o co niektóre konflikty wybuchły. Są to zwykłe błahostki, a to właśnie od ludzi można nauczyć się najwięcej, przynajmniej w tej dziedzinie jestem głodna wiedzy. Żałuję, że was ze mną nie ma. Bylibyście ze mnie dumni.Jutro na szczęście też jest dzień, przewidziany jest kolejny zastrzyk wrażeń związanych z matematyką, odwiedziny w szpitalu i kolejna dawka pozytywów.
A teraz uciekam na film z moją paczką wafli pszenno-ryżowych do łóżka :)
Dziękuję, za przebrnięcie przez całą notatkę i korzystając z chwili, dziękuję, za wyświetlenia przy ostatnich dwóch postach, o mało nie spadłam z krzesła :)
+Dostałam właśnie smsa od człowieka, który był odpowiedzialny za nasze paczki z informacją, jak bardzo cieszyła się rodzina z powodu naszych prezentów. Matko, jak czyjeś szczęście może uszczęśliwić. Ludzie, pomagajcie!


Jakże miło mi czytać takie wyczerpujące posty. Też potrafi mnie zdziwić stadko na mszy, wyklepujące sucho i bez przekonania formułki. Trochę się Kościół katolicki w tej sprawie zapędził, księżom chyba nie chce się wysilać, a później narzekają, że większość młodych odchodzi od kościoła.
OdpowiedzUsuń