Ciężka noc za mną, a właściwie jeszcze przede mną, zważając na fakt, że chwilę temu wybiła 3 w nocy, ale dodam to zapewne z rana. Nie narażałabym się na przekazanie szerszej publiczności bzdur pisanych z towarzystwem znikomej świadomości tego, co właściwie się dzieje, z prostej przyczyny: zwyczajnie rano bzdury, które nakreślę niekoniecznie będą mi się wydawały mądre, w wymiernym stopniu, co parę godzin wstecz. Z góry podkreślę, że dzisiejsza notatka nie będzie przeładowana kwiatkami, motyllkami, jednorożcami i słodkościami. Bardzo mi miło, że zaglądają tutaj przeróżne osobowości, ale jeśli ktoś jest typem osoby, która jest nazbyt empatyczna-dla własnego dobra poczekaj dzień, dwa, na coś nieco bardziej optymistycznego, niż to, co zastaniesz niżej. Dbajmy o siebie i o swoje nastroje.Chodzi mi to porównanie od paru dni po głowie. Brzmi co najmniej dziwnie, ale postaram się wyjaśnić, więc proszę o nie odsyłanie mnie z góry do zakładu psychiatrycznego. Ostatnio wyobrażam sobie siebie, jako super prezentującą się pomarańczę. Jest we mnie od cholery pomarańczowego, soczystego miąższu symbolizującego dobro, energię i resztę tego pozytywnego chłamu, który we mnie siedzi, parę pestek, poprzerastanych fragmentów będących alegorią ego i, nareszcie, część zgnita. Wiecie o czym mówię? Czasem bywa, że otwierając pomarańcze część trafia się niezbyt „estetyczna” i mocno niesmaczna, więc od razu odcinamy, bo kawałek zepsucia nie ma wpływu na smak całej pomarańczy. To właśnie mam w głowie. Aż chcę mi się zaśmiać z samej siebie.. Rozwinę. Przydarzyły mi się chyba te „problemy typowego nastolatka” wszędzie już omówione i oklepane z każdej strony. Sami wiecie, problemy z trafieniem na właściwe tory, wahania przy obraniu celu, znalezienie swojego miejsca na świecie i dalsze tematy gatunku wspomnianego wyżej. Tyle, że ja tych chrzanionych torów nie zauważę nawet,gdy się o nie potknę. Celu nie mam. Jedynie rozwiązaną sprawą jest 3 z kolei wymienione- w Zbrudzewie, genialnie, miejsce mam już załatwione, potem już tylko wykupić miejsce na cmentarzu i całe życie będę ustawiona. Gdy ktoś mnie pyta, dlaczego takie stanowisko obierałam podając za przykład daną sytuację, potrafię głowić się nad tym tygodniami. Definitywnie nie znam siebie i to jest nieco przerażające (zważając na fakt, że lada chwila mam wybierać rozszerzenia, które mają wplyw na studia, które przeważą, czy skończę na zmywaku, czy, w tej lepszej wizji, w Tesco na kasie). Sporo czasu zabiera mi w jakiś sposób dobranie się do tego, dlaczego uczyniłam tak, a nie inaczej. Przez 16 lat do wielu wniosków doszłam, co za tym idzie, w wielu sprawach mogę momentalnie obierać stanowisko i mówić o swoich racjach bez zająknięcia, ale są tematy, które wymagają z mojej strony długich rozmyślań i staram się do tego czasu na ich temat nie wypowiadać. Zwyczajnie boję się że nie ukierunkuję się w życiu w taki sposób, w jaki powinnam. Jak można być dla samego siebie zagadką?
Zostawiając już mój temat w spokoju.. Analizuje, strasznie to słowo brzmi, wiele zachowań, które się kiedykolwiek przejawiały w moim środowisku. Potrafię wytłumaczyć zachowanie osoby,która ciska w moją stronę obelgami, osoby, która rzuca się na mnie z pięściami (oj, tego było akurat niemało) lub osoby, która się mści. Staram się rozumieć jak najwięcej i nigdy nie stwierdzać, że człowiek jest zly. Dla mnie takie pojęcie nie istnieje. Można być zagubionym, chorym, spanikowanym, ale nigdy nie złym. BO TACY LUDZIE N I E I S T N I E J Ą. Doszłam do tego, że fundamentalną kwestią są kompleksy, i to kompleksy budują chęć niesienia krzywdy innym. Ludzie potrafią zniszyć życie, pobić, albo nawet zabić przez porachunki z moralnością. Potrafią potraktować Cię, jak ostatniego śmiecia przez problemy ze samym sobą, na które niekoniecznie zasługujesz. W takim razie, dlaczego do cholery JA mam płacić za problemy w CZYJEJŚ głowie? Szczyt absurdu. Po drastycznych sytuacjach to MI się wszystko odbija na zdrowiu, a nie tej osobie, ba, moja sytuacja przyczynia się do chwilowego uciszenia jej głosów w głowie. Jeśli ktoś doznaje przemocy w domu od wczesnych lat, przechodzi przez to piekło nieprzerwanie przez całe swoje życie, rozsmakował się na dobre z całym syfem świata, paradoksalnie, niekoniecznie musi brzydzić się sięgać po wnikliwie poznane zachowania z przeszłości w stosunku do innych. Ba, za każdym razem, kiedy znajdzie się w sytuacji bez wyjścia, nie poradzi sobie, jeśli nie odbije sobie na kimś. Przyjść, nakopać do tyłka, wybić wszystkie zęby przy tym nazywając kogoś w oczywisty, myślę, sposób jest najłatwiej,a co! Wzbraniałam się przez wszystkie lata, przed połączeniem tych dwóch słów, ale chyba w tym momencie wydaje się adekwatne. Gardzę ludźmi, którzy na drodze do szczęścia pną się, przysłowiowo, po trupach. Z tego też względu pragnę rozwinąć resztę tematu.
Szeroko cenię pomoc innym. Propaguję wyciągnięcie ręki w stronę potrzebujących tego osób. Wiadomo: świat należy do nas, to my mamy wpływ na to, w jakich relacjach będziemy bytować, trzeba sobie wzajemnie pomagać i wyciągać nawet za uszy ludzi z największego bagna, w jaki się wpakowali. Nie raz przekonałam się na własnej skórze, że nie warto. Warto mieć za to umiar. Chętnię wyciągnę dłoń, do osoby, która zbłądziła. Sama chciałabym, aby ktoś mi pomógł, gdy role się odwrócą. Oczywiste: Mechanizm świata-dziś na szczycie, jutro na dnie. Jeśli nie podchodzicie do tego w bezinteresowny sposób można pomyśleć nieco egoistycznie, bo według mnie ważniejszy jest owoc niż sama istota. Nie widzę jednak sensu w pomaganiu osobom, które z premedytacją do tego bagna chcą mnie zaciągnąć. Wydaje mi się, że najistotniejsze jest wytyczenie samemu sobie granicy. Jeśli Twoje problemy z samym sobą mają odbić się w jakikolwiek sposób na mnie, w życiu nie kiwnę chociażby palcem. Ile to razy wpisywałam się w sytuacje, gdzie mając na celu niesienie pomocy, wwiązałam się w bezpośredni układ łączący mnie i drugą osobę działający banalnie: „Ja mam problem-Tobie stworzę go sam, przecież chcesz mi pomóc, prawda?” Postaram się nieco bardziej obrazowo. Oczywiście, jak wszystkie przykłady, które podaję, są czysto teoretyczne i większa część z nich nigdy nie miała miejsca, tyle intymności w życiu tutaj nie wprowadzę, ale to tak na marginesie. Są osoby dotknięte depresjami, (samą depresję uważam za naprawdę ciężką i trudną chorobę, więc traktuję ją z ogromnym szacunkiem i delikatnością), jednak to zwykła bzdura. Przedstawienie się jako osoba z problemami i przeeeróżnego rodzaju objawiami depresji powinno od razu dawać wszystkim sygnał, by pomóc tej osobie stanąć na nogi-bez dyskusyjnie. Jednak, gdy mam do czynienia z osobą, która drze się na całe gardło, że wzięła tabletki, że nie radzi sobie i już odchodzi z tego świata, lecę jak głupia na złamanie karku i po chwili dowiaduję się, że potencjalny samobójca właśnie wychodzi w piżamce z kuchni wraz z kubkiem herbaty w ręku-no przepraszam.. Podobnymi sytuacjami nabawiłam się tak ogromnej znieczulicy, do większości ludzi pogrążonych w „depresji”, co oczywiście wyrządza krzywdę ludziom naprawdę chorym, że to mi sie w głowie nie mieści. Drugą sprawą jest fakt, że nie pomogę drugiej osobie, gdy ta zaczyna ode mnie wymagać wyłączności i dyspozycyjności w każdej godzinie dnia i nocy. „Ty masz ze mną być, bo inaczej ze sobą skończę”- to skończ! Jeśli ktoś miałby doprowadzić do zakończenia żywota na ziemskim padole, zrobiłby to zaraz po pierwszej groźbie, macie moją gwarancję. Coś czego wystrzegam się, jak ognia to właśnie omawiana litość na siłę. "Nie mogę wpasować się w tło, udam depresję i tło samo wpasuje się we mnie przytulać mnie, interesując się mną i troszcząc się o mnie, bo sam nie dam rady osiągnąć zainteresowania otoczenia"- albo gorzej, „bo tak łatwiej”. Niestety, pojęcie litości w dzisiejszych czasach jest tak często fałszywie wzbudzane, że ludzie naprawdę na nią zasługujący, dostają ją dopiero po śmierci, lub krótko przed.
https://www.youtube.com/watch?v=-_Y2jfK06pY&index=2&list=RDQhh-MJVWwXY

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz