poniedziałek, 10 listopada 2014
Po nitce do kłębka
Dziś
zdecydowanie nadszedł dzień lenia. Miałam od samego rana kupę planów,
pomysłów i zamiarów, a w rzeczywistości wszystko rzuciłam gdzieś w kąt i
poddałam się żądzy nic nie robienia poza snem, narzekaniem i jedzeniem.
Cudnie. To ostatnie wychodzi mi zdecydowanie najlepiej uwzględniając
fakt, że od 3 miesięcy jestem na ścisłej diecie. Swoją drogą, nareszcie
widzę owoce swojej pracy. Pierwszy raz rozpiera mnie duma, gdy wchodzę
na wagę, a utrata wagi dla kobiety może stać czymś porównywalnym z
wygraniem loterii i często takie rozmiary przybiera. Zmiana liczb nie
jest jednak jedyną z rzeczy, które się zmieniły od września. Poza nowymi
znajomościami, nowym środowiskiem, nowymi nowościami swoje miejsce
miała pewna transformacja, co spostrzegawczy potrafili dostrzec.
Zdecydowanie jestem osobą, która dzieli się chętnie ze światem zabawnymi
historiami, czy też sytuacjami, w których miałam swój udział i lubię
zaznaczać swoją obecność w środowisku, głównie za sprawą żartów, jednak
wydarzenia odbijające się zdecydowanie negatywnie pozostawiam dla
siebie. Przez wrzesień i październik zaczęłam nabierać pewnego wiatru w
żagle i czułam, że nareszcie żyję pełnią życia i czerpię z niego
wszystko, co najlepsze. 26 października otrzymałam zupełny strzał od
życia, który złamał we mnie wszystkie dotychczasowe postawy i pozytywne
nastawienia do dalszego żywota. Z pewnością straciłam umiejętności
dotychczasowego kota i nie widziałam już nic, co mogłoby mnie podnieść
na duchu. Dobiegła mnie wiadomość o samobójstwie dawnej bliższej
znajomej z dzieciństwa. Nie mam na celu robienia z tego wszystkiego
jeszcze większej sensacji, bo z pewnością ani rodzina, ani ona sama by
tego nie chciała i wygrzebywanie informacji, które są zbędne, jest
bezsensowne, a jedynie narusza spokój zmarłej, więc ograniczę się do
minimum przekazując jedynie myśl. Po przeprowadzce nie utrzymywałam
kontaktów z większością osób, z którymi się w tamtym okresie spotykałam
na rzecz nowego, lepszego-według mnie, środowiska. Minęły 3 lata,
jedynie co jakiś czas, moim oczom ukazywały się posty dawnych znajomych i
ich zdjęcia, co sprawiało, że często zmieniałam o nich zdanie na
gorsze, bądź też lepsze. Rzecz w tym, że ja, jako osoba stosunkowo
chłodna i zdystansowana w kontaktach międzyludzkich, pojęłam w tym
okresie, coś, co powinno być oczywistą-oczywistością. Wszystko blednie w
obliczu tragedii. Nie ważne, jak jest się cholernie bogatym,
popularnym, ambitnym, czy też głęboko patrzącym w przyszłość, bo to
wszystko, to jeden, wielki, śmierdzący szajs, pod względem przemijania.
Czuję, jakbym otworzyła drugie, głębiej patrzące na świat oczy, zaczęłam
dostrzegać rzeczy, które wcześniej były ukryte. Prawda jest taka, że
nie chciałam tego widzieć. Dobijającym jest to, że większość
społeczeństwa patrzy w podobny sposób. Życie nie zawsze idzie po naszej
myśli, sporo spraw ma swój własny, niezależny od nas, bieg. Jedną z nich
jest właśnie śmierć. Jeśli już częściowo zaakceptujemy stan rzeczy,
który ma swoje miejsce, nie koniecznie wszystko pójdzie po naszej myśli.
Niekoniecznie umrzemy późną starością, niekoniecznie w trakcie snu,
niekoniecznie wśród bliskich, niekoniecznie musi mieć to miejsce we śnie
i niekoniecznie bezboleśnie. Pozostawiając już temat życia po śmierci z
racji jego głębokości i szerokości, tak właśnie mogą wyglądać ostatnie
chwile naszego życia na ziemskim padole. Być może nieszczęśliwy los
spotka nas w drodze do szkoły, lub nawet w domu, miejsce i czas nigdy
nie będzie nam znane. Nie ma na świecie wróżek, które podadzą nam
dokładne okoliczności naszego zgonu- przynajmniej ja mam takie zdanie,
toteż możemy wziąć pod uwagę dwa wyjścia. Albo lękać się dosłownie
wszystkiego, nie wychodząc przy tym z domu, a raczej klatki, z racji jej
bezpieczeństwa, lub podejmować się wszystkich ryzykownych czynów, które
mogą nas paradoksalnie do tej śmierci przybliżyć. Wpadłam niegdyś na
owiane już sławą słowa Alberta Einsteina-„Są dwie drogi, aby przeżyć
życie. Jedna to żyć tak, jakby nic nie było cudem. Druga, to żyć tak,
jakby cudem było wszystko”, które doskonale obrazują całą istotę życia
oraz meritum jego kruchości. I właśnie z tym cytatem pragnę pozostawić
wszystkie osoby, który miały w sobie na tyle dużo siły, aby przebrnąć
przez całą masę bezpośrednich, ale też pośrednich refleksji, które mam
nadzieję, się im choć częściowo udzieliły.
Krótko
nawiązując do samobójstwa. Co musiało wpłynąć na normalnego, zdrowego
człowieka z ambicjami i planami na przyszłość, aby posunął się do tak
radykalnych środków, jak odebranie sobie życia? Ludzie, moi mili,
ludzie. Jesteśmy tak okropni, że zabijamy siebie nawzajem. Jesteśmy
bandą zakompleksionych, zagubionych między dobrem, a złem,
niszczycielskich kanibali, którym przyjemność sprawia znęcanie się nad
słabszymi. Rozpoczynając od zwierząt po nasz własny gatunek, który
powinien być przyszłością świata, a zakończy lata swej świetności
bratobójczą walką i właśnie w ten triumfalny sposób zakończymy lata
panowania wielkich.
Nie
wiem, jak reszta, ale ja w życiu nie podpiszę się pod całe to zło, do
którego dolewamy wciąż oliwy, choćby mieli mi odciąć palce u rąk, uszy,
język, nos, wydłubać oczy, cokolwiek-nie przyłożę do tego chociażby
małego palca u stopy. Mam zamiar przeżyć resztę dni, które mi podarowano
najlepiej, jak tylko umiem, nie niszcząc przy tym podobnych sobie i nie
czyniąc nikomu krzywdy.
„Nie
chcę być jedną z owiec, która bez refleksji skazuje się na niepotrzebną
rzeź. Jeśli musiałbym żyć w stadzie, wolałbym być latającym w kółko
psem albo pasterzem. Mówi się, że wszyscy są równi. To bzdura. Jesteśmy
uwarunkowani przez swoje pochodzenie, osobowość, predyspozycje i stopień
inteligencji. Nie żyję w strachu, ale czasem boję się przeczucia, że
otaczają mnie małostkowi idioci, którzy nie potrafią współpracować.
[...] Musimy robić wszystko, żeby głupota nie wpłynęła na nasze życie.
„
— Bodo Kox, art. „Nie chcę być jedną z owiec”
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz