Korzystając z chwili wolnej od zapieprzu w szkole, jak i w moim życiu dorwałam się ponownie do bloga w celu zaserwowania wam dokładki kolejnych niesamowicie ekscytujących historii. Well. Końcówka tygodnia upłynęła stosunkowo spokojnie, niczym rycerz walczyłam z przeciwnościami losu w postaci kartkówek i sprawdzianów skutecznie odbijając je moim srebrzystym mieczem na następny tydzień i o dziwo zwyciężyłam, tyle, że od poniedziałku czeka mnie prawdziwa bitwa. No bo i po co uczyć się systematycznie i powoli zaliczać zaległe prace? Przedmiot, który najbardziej mi ciąży, a właściwie mojemu sumieniu to hiszpański, z sideł którego wyrwał mnie piątkowy wyjazd do Poznania na UAM organizowany przez szkołę. Studia to miejsce dla mnie, poczułam to po przekroczeniu progu drzwi, genialnie, nie będę się rozwodzić sama przed sobą, czy uciec do zawodówki, a mimo to dostanę pracę na zmywaku, choć po cichu nadal mam odwagę marzyć o kasie w Tesco, ale wszystko w swoim czasie. W głowie mi na razie wytrwanie do końca pierwszej klasy, potem wezmę się do kupy i po liceum uciekam za granicę odłożyć sobie jakieś oszczędności i na wynajem mieszkania.
-Okej, skończę u rodziców, nie oszukujmy się.
![]() |
Przez długi czas żadne ciekawe przygody mi nie towarzyszyły, bądź zwyczajnie nie mogłam ich tutaj zamieścić, jednakże.. damdamdaaam. Oto jest.
Wczoraj, po wyżej wymienionym wykładzie miałam zostać trochę w Poznaniu u Mateusza. Nie ukrywam, nerwowo spoglądałam na zegarek, który wskazywał ciut późniejsza godzinę od 14:30, mianowicie 16:00, a na 17:00 miałam być w Tropicanie. Już chciałam powiedzieć, że przyjadę do niego jutro, gdy ten oznajmił mi, że czeka już pod uniwersytetem. Zatroskana ze mnie przyjaciółka, więc zaznaczyłam, że może wejść do środka i się trochę ogrzać (wczoraj było istne tsunami na zewnątrz) podałam mu wydział i czekam..czekam.. nic. Po 15 minutach wibracje, chwytam za telefon, hm, tak, Mateusz wybrał się na wycieczkę po mnie na drugi koniec Poznania..ten przeciwny. Daliśmy sobie spokój, spotkamy się w niedziele. W Śremie byliśmy chwilę po 17, więc zwyczajnie zapieprzałam tym autem, z chlebami latającymi po całej kabinie, "Nikuś, zrób zakupy",jak najszybciej do domu, żeby znów nie wyjść w towarzystwie na tą, która wiecznie się spóźnia. W tym momencie muszę was zaznajomić z sytuacją na moim osiedlu.. W gruncie rzeczy mieszkam na polu, gdzie powoli wyrastają z ziemi kolejne domy, na przeciwko nas stawiają osiedle domków jednorodzinnych, przez co cały czas ryją ziemię w każdy możliwy sposób. Z racji obfitych deszczów w ostatnich dniach droga stała się praktycznie nie przejezdna. Wracając, dojeżdżam do skrętu na osiedle, podchodzi do mnie mężczyzna w gumiakach i oznajmia, że chwilę mam poczekać, bo starają się coś zrobić z drogą i czy aby na pewno chcę tędy przejechać. Rozglądam się, cóż, żadnej innej ekspresówki prowadzącej do domu nie widzę, przynajmniej o niej nie słyszałam przez 4 lata. Wciskam gaz, słyszę ryk mojego szkarłatnego potwora i wyrywam się niczym z kopyta. "Nicola, dasz radę, to tylko trochę błota" Jadę. Przysięgam, że czułam, jakbym jechała na wyścigach rajdowych jeepem wysokim na dwa metry. Woda rozpryskuję się w każdą stronę wraz z błotem, włączam wycieraczki, aby cokolwiek widzieć, sprawnie kręcę kierownicą, aby mnie nie zarzuciło, wszędzie pisk, niedowierzanie, dojechałam do mety. Dumna z siebie, jak nigdy dotąd, wyprostowałam się, wypięłam pierś do przodu i zarzuciłam moją złotą grzywą posyłając robotnikowi, którego mijałam, najcudowniejszy z moich uśmiechów, mianowicie katalogową trójkę pełną dumy i satysfakcji. Wpadłam do domu, zerknęłam na zegarek 17:20, dorwałam się do spaghetti i pochłonęłam je w ciągu 7 minut, przebrałam koszulkę, ubrałam buty i nie zakładając kurtki rzuciłam przez ramię, że uciekam do znajomych. Kurtka na siedzenie, pogłośniłam radio, zapięłam pasy, jak zwykle zapomniałam ściągnąć ręcznego, ale okej- kulam się, jeszcze tylko dotrzeć do Tropicany. Podjeżdżam pod zwycięski tor i widzę, jak w moją stronę idzie prężący się, wcześniej wymieniony robotnik. Po krótkiej wymianie zdań o treści mojej pewności obranej trasy, ruszam. Wszystko jak wcześniej, woda, błoto, kręcenie kierownicą i.. cholera. Dodaję gazu, nic, próbuję wycofać, nic, w rezultacie, po moich próbach wkopałam się jeszcze głębiej, spoglądam raz jeszcze na zegarek 17:40.. Utknęłam. Jako córka człowieka znajdującego wyjście z każdej sytuacji, nie zastanawiałam się długo i stwierdziłam, że trzeba określić dokładniej sytuację udając się za auto. Zapaliłam latarkę w telefonie, otworzyłam drzwi i dostrzegłam jedynie błoto sięgające do drzwi pojazdu. Spojrzałam w dół, na moje śnieżnobiałe buty, jeszcze raz w to błoto, jeszcze raz na buty, znów na błoto..zwycięstwo wymaga poświęceń pomyślałam i wykładając nogę usłyszałam jedynie dźwięk żarłocznego pochłonięcia Jordanów. Zgrabnie wychodząc, z miną specjalisty i znawcy popchnęłam dwukrotnie auto, co jak się domyślacie nie mogło dać zupełnie nic. Rozglądnęłam się, jednak wokoło żadnej pomocy. Cóż zrobić, przeszłam się do jednego z robotników z katalogową czwórką. Ten zaręczył, że zawoła kolegów i mi pomoże. Wróciłam do ciężko dychającej bestii, przy której męczył się już ten "prężący". Stwierdziliśmy, że genialnym pomysłem będzie, jeśli najzwyczajniej wsiądę, dodam gazu, a on popchnie. Ostatnie, co widziałam w lusterku to jego twarz ostrzelaną przez miliardy grud błota, których nieudolnie próbował się pozbyć nadgarstkami wysłuchując moich przeprosin. Chwilę po tym zajściu przybyło 5 kolegów, którzy również starali się mnie wypchnąć. Co prawda, udolnie, jednak tak, jak ich poprzednik, który teraz się wycwanił i nawigował mnie z przodu, zmienili rasę na czarnoskórą. Po kolejnej dokładce przeprosin, jak się domyślacie, uciekłam, jak najszybciej z miejsca zbrodni.Wparowałam na myjnie ręczną, umyłam auto i jak ostatnia blondynka włączyłam program na spłukiwanie i wyczyściłam buty. Przepraszam Pana za ten widok, po którym chyba nie może się do teraz ocknąć. W drodze powrotnej obrałam już inną trasę prowadzącą przez las. Nie powiem, uważam się za stosunkowo odważną, ale po wyobrażeniu sobie zakopania się w środku domu dzików, saren i innych niezbyt sympatycznych zwierząt po 22, nic nie wypełniało kabiny mojego auta prócz "Nicola, dasz radę, to tylko kawałek, dasz radę". Dojechałam, to się liczy.
Beyonce, czy Ty też miałaś takie błotne przygody?
https://www.youtube.com/watch?v=sAz2bRy8-L8&feature=youtu.be

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz